Skip to content

Jedno przesunięcie kciukiem

Co roku trzydziestego pierwszego października telefon przypomina mi o jego urodzinach. Urządzenie nie wie, że nie rozmawialiśmy od ponad dziesięciu lat. Uparcie wierzy w nas bardziej niż my sami i co roku ma odwagę, której mnie brakuje.

Nie, nie pokłóciliśmy się. Kłótnia byłaby przynajmniej jakimś zdarzeniem, czymś, do czego można wrócić i za co można przeprosić. U nas niczego takiego nie było. Po prostu któregoś dnia nie oddzwoniłem, bo akurat prowadziłem auto, jadąc po zakupy. Później wiadomo: gorączka sklepowa, kolejka do kasy, powrót z wypchanymi torbami do domu, rozpakowywanie. Potem on nie mógł w sobotę. Potem ja nie mogłem w następną. Potem zaś minęło już tyle miesięcy, że zwykłe „co słychać” wymagałoby wstępu, a na wstęp brakowało mi pomysłu. I tak to szło: odroczenie za odroczeniem, każde z osobna rozsądne, każde z jakimś logicznym wytłumaczeniem. Żadne nie wyglądało na decyzję. A jednak razem, sztuka po sztuce, złożyły się na coś, na co nigdy bym się nie zgodził, gdyby mi to ktoś zaproponował w całości.

Przy nim śmiałem się tak, jak przy nikim innym: głupio, hałaśliwie, do łez, aż bolał brzuch, z rzeczy, których nie da się opowiedzieć komuś trzeciemu tak, żeby go rozbawić. Próbowałem kiedyś. Słuchacz uśmiechnął się grzecznie i czekał na puentę, która nie nadeszła. Ten śmiech nie był mój, był nasz. Nie dało się go wynieść i zabrać ze sobą. Przesuwając palcem dzisiejsze przypomnienie, nie tracę więc tylko przyjaciela. Pozwalam wymrzeć jednemu z ludzi, którymi umiałem być – temu lżejszemu, głośniejszemu, mniej ostrożnemu. Nikt inny już go we mnie nie obudził.

Mówi się, że z wiekiem człowiek potrzebuje mniej towarzystwa. Podejrzewam, że po prostu potrzebuje mniej wersji samego siebie i nazywa to dojrzałością. Tak jest wygodniej. Dojrzałość brzmi jak osiągnięcie, a nie jak lista ludzi, do których się nie oddzwoniło.

Mógłbym zadzwonić. Numer pewnie wciąż jest ten sam. Wiem, jak by to brzmiało: zdziwione „o, cześć”, chwila ciszy, w której obaj szukamy właściwego tonu, a potem rozmowa ostrożna jak chodzenie po obcym, pustym mieszkaniu – takim, które kiedyś tętniło życiem, zanim wyniesiono z niego meble. Chyba boję się tego bardziej niż milczenia. Milczenie przynajmniej niczego nie sprawdza. Pozwala mi wierzyć, że gdzieś tam, nietknięte, wciąż czeka to, co było.

Trzydziestego pierwszego października, za rok, telefon znowu przypomni o jego urodzinach. Może u niego też co roku wyświetla się moje imię i znika po przesunięciu kciukiem. Może on też ma swoją sobotę, swoje zakupy, swój brak pomysłu na wstęp. Może czeka, aż zadzwonię pierwszy, tak samo jak ja czekam na niego. Dwóch dorosłych facetów, każdy pewien, że to ten drugi powinien.

A czy ty, teraz, słuchając mnie, pomyślałeś o kimś konkretnym? – Nie udawaj, że nie. Jego imię też ma swoją datę w twoim kalendarzu.

Cóż, znak czasów: dwa urządzenia pamiętają przyjaźń, z której ich właściciele zrezygnowali bez jednego słowa.

Jeśli te słowa dały Ci do myślenia – ofiaruj Petelowi łyk energii niezbędnej do opisywania świata.

Dokarm autora kofeiną

Published inesej

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *