Znowu obudziłem się bez powodu. Nic nie huknęło, nikt nie wołał, żaden pies nie zaczął szczekać za oknem. Po prostu przestaję spać. Jestem jak urządzenie, w którym wciśnięto przycisk: koniec spania.
Pierwsze, co robię, to leżę w bezruchu. Ten odruch jest starszy niż wszystko, czego zdążyłem się o sobie dowiedzieć. Leżę w tej samej pozycji, oddycham w tym samym tempie, trzymam powieki zamknięte i staram się nie spłoszyć samego siebie — jestem ostrożny, jak człowiek, który wnosi do domu dziecko zasypiające w foteliku samochodowym i wie, że jeden zbyt gwałtowny ruch łokciem może skutkować dwiema godzinami uspokajania malucha.
Walczę, by nie spojrzeć na zegarek, bo patrzenie na zegarek jest przyznaniem się do przegranej. Ale do diabła wiem, że i tak w końcu spojrzę.
Na razie jednak leżę i zbieram dane, chociaż nikt mnie o to nie prosił. Prawa stopa wystaje spod kołdry. Jest zimna. Poduszka po lewej stronie z kolei zrobiła się ciepła i trzeba będzie ją odwrócić, a to oznacza ruch, ruch zaś oznacza koniec udawania, że jeszcze śpię. Gdzieś w rurach stuknęło. Raz. Teraz czekam, czy stuknie znowu, i to czekanie zajmuje mi całą uwagę. Lodówka się włącza i po chwili ponownie zasypia. Ja nie.
I wtedy do mej świadomości przedziera się pierwsza myśl. Żadna wielka. Wielkie mają swoją kolejność i nie pchają się na początek.
Nie odpisałem koledze, który poprosił mnie o drobiazg. Cztery dni temu. Nic się nie stało, sprawa nie jest pilna, on pewnie o niej zapomniał, a mnie zajmie to rano trzy minuty.
Trzy minuty rano. Doskonale. Śpimy dalej.
Nie, nie śpimy dalej. Bo skoro nie odpisałem jemu, to nie odpisałem też komuś innemu, w marcu, i tamten człowiek już się nie odezwał. A przecież kiedyś dzwoniliśmy do siebie bez powodu. Kiedy właściwie przestaliśmy? Nie było kłótni, nie było żadnej decyzji, po prostu w pewnym momencie w kalendarzu skończyły się wpisy, a wraz z wpisami skończyli się ludzie, którzy nie trafili do określonej rubryczki. Czy ja znam jeszcze kogoś, do kogo mógłbym teraz zadzwonić i powiedzieć, że nie śpię?
Sprawdzam wreszcie. 3:26.
Od nieodpisanej wiadomości do oceny stanu własnego życia towarzyskiego przeszedłem w kilka sekund. Normalnie taka droga zajęłaby mi kilka seansów terapeutycznych, a tu w nocy mam cudowny skrót, którego za dnia nie sposób dostrzec.
Warto to powiedzieć wprost, bo inaczej cała ta melancholia robi się zbyt dostojna: nocne kojarzenie jest groteskowe. Mój mózg o trzeciej nad ranem zachowuje się jak nadgorliwy pracownik, który został po godzinach sam w biurze i z nudów postanowił uporządkować archiwum. Wyciąga teczki bez ładu. Sprawa z zeszłego tygodnia, sprawa sprzed dziesięciu lat, zdanie powiedziane przy stole, spojrzenie, którego nawet nie jestem pewien, czy niepotrzebny, ironiczny uśmiech na słowa żony.
Przez piętnaście lat żyję zupełnie znośnie z pewnym zdaniem, które wygłosiłem na firmowej wigilii. O 3:42 ja – pracownik roku – uznaję, że nadeszła idealna pora, żeby przeanalizować je jeszcze raz. Tym razem szczegółowo. Z uwzględnieniem tonu głosu i wyrazu twarzy dwóch osób siedzących naprzeciwko.
Nikt mnie o to nie prosi. Ale ja i tak pracuję.
Kusi, żeby nazwać to nocnym procesem, komisją, przesłuchaniem. Metafora zresztą prawie prawdziwa, bo rzeczywiście jestem tu jednocześnie przesłuchiwanym jaki i przesłuchującym. O ile jednak w każdym procesie w końcu ogłaszany jest wyrok i sprawa się kończy, to tu nie kończy się nic. A ja rano wstaję, robię kawę i odraczam wszystko do następnego wybudzenia w środku nocy.
Trzeba zapytać, dlaczego akurat teraz, przed świtem te sprawy zaprzątają moja głowę. Przecież one istniały i o dziesiątej, i o siedemnastej. To zdanie z wigilii było równie kompromitujące w samo południe jak i o północy. Dzieci były równie dorosłe, pieniądze równie policzalne, śmierć równie pewna. A jednak o czternastej czy siedemnastej nie miałem z nimi najmniejszego problemu.
Pierwsza odpowiedź, która się nasuwa, brzmi: bo w dzień uciekamy. Praca, telefon, ludzie, samochód, zakupy, wiadomości, seriale, przewijanie ekranu w kolejce do kasy. Człowiek jest podłączony do kroplówki bodźców i nie ma ani jednej godziny, w której może zostać sam ze swoją głową.
Jednak, gdy się nad tym głębiej zastanowić to, nie jest cała prawda. Podejrzewam, że w tej postaci jest ona po prostu wygodna. Bo większości rzeczy, które robię w ciągu dnia, nie robię po to, żeby uciec. Robię je, bo trzeba je zrobić. Faktura nie jest ucieczką przed egzystencją, faktura jest do zapłacenia w poniedziałek i już. Odwiezienie wnuczki do szkoły nie ma nic wspólnego z wypieraniem lęku przed śmiercią.
Rzecz jest banalnie prosta: nie uciekamy, po prostu nie mamy kiedy usłyszeć, co siedzi pod spodem prozy codzienności.
Bo te myśli, które dochodzą do głosu nocą, nadają przez cały dzień, tylko na częstotliwości, której nie da się złapać, kiedy w tle pulsuje wszystko inne. Dopiero gdy świat gaśnie — nie ma rozmów, nie ma zadań, telefon leży ekranem do dołu, inni śpią — zostaje jeden pusty kanał i wszystko, co przez cały dzień szło pod spodem, robi się doskonale słyszalne. Bezsenność bywa więc nie tyle niemożnością spania, ile niemożnością dalszego rozpraszania się. Nie umiem już zagłuszyć własnej głowy, bo o trzeciej nad ranem nie mam czym.
Zaznaczam granicę, żeby nie było nieporozumienia: mówię o tej konkretnej bezsenności. Nazwijmy ją umownie – myślową. Nie o tej, którą wywołuje choroba, ból, lęk albo praca na nocną zmianę. Ona jest sprawą medyczną i nie mam o niej nic mądrego do powiedzenia. Mówię o człowieku zdrowym, potwornie zmęczonym, który chce spać, ma wszystkie warunki, żeby spać, i nie śpi.
Kiedy przyjrzeć się temu, o czym się nocą myśli, okazuje się, że wszystko idzie w dwóch kierunkach. Tylko w dwóch.
Wstecz: dlaczego wtedy to zrobiłem, dlaczego tego nie powiedziałem, co by było, gdybym w dziewięćdziesiątym ósmym wybrał inaczej. Naprzód: co będzie jutro, co będzie, jeśli się nie uda, co będzie z dziećmi, co będzie ze mną, kiedy przestanę dawać sobie radę sam.
Leżę w ciepłym łóżku, w bezpiecznym domu, nic mi w tej chwili nie zagraża, nikt niczego ode mnie nie chce, mam do dyspozycji bezkres absolutnego spokoju — i akurat w tym miejscu nie potrafię się odnaleźć.
Teraźniejszość o trzeciej nad ranem jest pusta. Nie ma w niej nic do zrobienia, nic do załatwienia, nikogo do zadowolenia. A umysł nie lubi funkcjonować tam, gdzie nie dostał zadania. Więc idzie tam, gdzie coś się dzieje: do przeszłości, którą można w nieskończoność przekwalifikowywać, i do przyszłości, którą można w nieskończoność planować.
Rozciągam się więc między dwoma punktami, z których żaden fizycznie nie istnieje, i dziwię się potem, że jestem zmęczony.
Osobną komedią jest sama próba zaśnięcia. O 1:17 sytuacja jest jeszcze opanowana: jeśli zasnę teraz, mam sześć godzin, całkiem przyzwoity wynik. O 2:03 mam pięć i zaczynam liczyć uczciwiej, bo doliczam dwadzieścia minut na samo zasypianie. O 3:11 arytmetyka się załamuje i pojawia się zdanie, które każdy zna: jutro będę trupem.
I wtedy zaczyna się staranie.
Naprawdę zdumiewające, że dorosły człowiek próbuje wysiłkiem osiągnąć stan, którego istotą jest brak wysiłku. Ustawiam oddech. Zmieniam pozycję na tę właściwą. Rozluźniam szczękę, przypominam sobie o barkach, opuszczam je i po minucie znów mam je przy uszach. Postanawiam o niczym nie myśleć, co jest poleceniem tego samego rodzaju co „nie myśl o niedźwiedziu”. Przestaję myśleć na trzy sekundy, po czym sprawdzam, czy już zasypiam.
I to sprawdzenie załatwia sprawę. Bo nie da się obserwować momentu własnego zaśnięcia — kto obserwuje, ten jeszcze po prostu nie śpi. Każda kontrola tego procesu jest jego unieważnieniem.
Nie mogę sobie rozkazać „teraz zasypiam” dokładnie z tego samego powodu, dla którego nie mogę sobie rozkazać „teraz jestem szczęśliwy”, „teraz przestaję się bać”, „teraz przestaję o tym myśleć”. Są rzeczy, które przychodzą wyłącznie wtedy, kiedy przestaje się po nie sięgać. Wysiłek nie jest tu tylko nieskuteczny, on działa dokładnie na odwrót. Im mocniej chcę spać, tym staranniej sam siebie pilnuję, a im staranniej się pilnuję, tym solidniej czuwam.
Sen wymaga ode mnie rzeczy, której w mojej dziennej konstrukcji nie ma w ogóle: zgody na to, żeby przestać nadzorować.
Bo czym jest zasypianie? Dobrowolnym odejściem ze służby. Oddaniem kontroli nad ciałem, którego przez osiem godzin nikt nie będzie pilnował, w tym ja. Zniknięciem na własne życzenie. Cały dzień zarządzam, planuję, przewiduję, zabezpieczam się na wypadek i sprawdzam, czy wszystko idzie zgodnie z założeniami — a o północy mam wykonać jeden jedyny ruch: odpuścić.
I okazuje się, że akurat tego ruchu nie ćwiczyłem. Trenowałem przez czterdzieści lat wszystkie pozostałe.
Ale najciekawsze jest to, kim się o tej porze właściwie jest.
W ciągu dnia jestem kimś bez przerwy. Pracownikiem, szefem, mężem, ojcem, klientem, kierowcą, sąsiadem, człowiekiem, który ma na sobie konkretną kurtkę i idzie w konkretnej sprawie. Każda z tych ról ma gotowy scenariusz i jest to ogromna ulga, o której rzadko się mówi, bo brzmi jak przyznanie się do czegoś wstydliwego. Rola podpowiada, co zrobić, jak stanąć, co powiedzieć, kiedy się uśmiechnąć. Nie muszę wtedy rozstrzygać, kim jestem — wystarczy, że dobrze ją odegram.
O trzeciej nad ranem nie mam przed kim.
Zostaje człowiek bez funkcji. I tu chciałbym uniknąć zdania, które w takim miejscu pisze się samo: że wtedy właśnie jesteśmy sobą, że nocą spotykamy własną prawdę, i tak dalej. Nie wierzę w to. Nocna optyka jest krzywa. Wyolbrzymia wstyd, wyostrza porażki, gubi proporcje, każdy błąd pokazuje w zbliżeniu i bez tła. Rano te same sprawy mają rozmiar, jaki naprawdę mają, i to rano ma rację, nie noc.
A jednak.
To, że wyrok jest zły, nie znaczy jeszcze, że sprawa została wymyślona. Nocny umysł nie fałszuje materiału, on go tylko fatalnie waży. Rzeczy, które wracają, wracają nie dlatego, że jestem przemęczony, ale dlatego, że nikt ich nie załatwił. Ta rozmowa naprawdę się nie odbyła. Tamta decyzja naprawdę była podła i naprawdę wiedziałem o tym już wtedy. Ojciec naprawdę się starzeje i naprawdę do niego nie zadzwoniłem. To nie są urojenia zmęczonego człowieka. To jest korespondencja, którą przez cały dzień odkładam na później, a która nocą przestaje mieć gdzie czekać.
I dochodzę w ten sposób do jedynego miejsca, w którym ta noc naprawdę boli. Ze snem nie ma ono zresztą nic wspólnego.
Nie ma komu tego powiedzieć.
Nie chodzi o radę, bo nikt nie ma tu żadnej rady. Chodzi o coś prostszego i bardziej upokarzającego właśnie przez tę prostotę: żeby ktoś usłyszał. Żeby to jedno zdanie, które od piętnastu lat chodzi we mnie w kółko i za każdym razem wraca trochę inne, wyszło wreszcie na zewnątrz, do drugiego człowieka, i zostało tam, poza moją głową, gdzie nie będę mógł go dalej poprawiać.
Obok mnie ktoś śpi i dobrze, że śpi, bo nie budzi się ludzi po to, żeby im opowiedzieć wigilię z dwa tysiące dziewiątego roku. W dzień też tego nie mówię, bo w dzień siedzę w roli, a żadna rola tego nie przewiduje.
Więc nadaję do siebie. Godzinami, dokładnie, z detalami, z tonem głosu i wyrazem twarzy dwóch osób siedzących naprzeciwko. Nadaję na kanale, którego nikt nie słucha, i szczerze mówiąc ja też go nie słucham. Ja chcę tylko, żeby wreszcie ucichł.
Około piątej wszystko odpuszcza, chociaż nic nie zostało rozstrzygnięte. Po prostu zaczyna się świat. Wraca pierwsza rola: ktoś musi wstać, ktoś musi zawieźć, ktoś musi kupić chleb. Zasypiam na czterdzieści minut i te czterdzieści minut są najlepszym snem tej nocy, co uważam za żart wyjątkowo złośliwy, tyle że nie wiem, czyjego autorstwa.
Nie mam z tego żadnego wniosku. Nie odłożę telefonu, nie przewietrzę sypialni, nie zaparzę melisy, a jeśli nawet zaparzę, to i tak będę o tym wszystkim myślał o 3:26.
Zostaje mi tylko jedno pytanie, którego przez lata nie umiałem sobie zadać we właściwej kolejności. Bo cały czas pytałem, dlaczego nie mogę spać, i szukałem winnego w hałaśliwej zawartości własnej głowy. Za dużo myśli, za dużo spraw, za duże napięcie.
A jeśli to jest ustawione odwrotnie? Jeśli mam dokładnie tyle samo myśli co zawsze, dzień i noc, przez całe życie, i cała różnica polega na tym, że o trzeciej nad ranem nic ich wreszcie nie zagłusza?
Wtedy noc byłaby jedyną porą, w której mam odbiór.
I do diabła, nie wiem, czy chcę go mieć.


Be First to Comment