Skip to content

Ja cię, jesień, nie lubię

Najpierw zabierają mi godzinę światła. Niby nic wielkiego. Zmiana czasu – zwykłe przesunięcie wskazówek, administracyjna operacja na czasie, którą ktoś kiedyś uznał za potrzebną i pożyteczną, choć ja mam od zawsze inne zdanie na ten temat. Dni robią się coraz krótsze, wieczory coraz dłuższe, a ja coraz częściej łapię się na tym, że właściwie nie wiem, co ze sobą zrobić. Nie dlatego, że brakuje mi zajęć. Przeciwnie. Mam ich całkiem sporo. Tyle że żadne nie wydaje się warte rozpoczęcia.

Za to dopada mnie paskudny smutek. To osobliwy rodzaj smutku, bo trudno wskazać jego przyczynę. Nic szczególnie złego się nie wydarzyło. Nikt nie umarł, świat nie zawalił się na głowę, rachunki są opłacone, życie toczy się swoim zwyczajnym rytmem. A jednak wszystko traci smak. Książka, na którą jeszcze niedawno miałem ochotę, leży nietknięta. Film nudzi po kwadransie. Spacer wydaje się bezcelowy, rozmowa męcząca, a cisza, której przez cały rok tak bardzo potrzebuję, nagle staje się trudna do zniesienia. Najgorsze jest chyba to, że nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Ani w domu, ani poza nim, ani nawet we własnych myślach.

Zastanawiam się czasem, czy jesienna melancholia nie odsłania czegoś, co przez resztę roku udaje mi się skutecznie zagłuszać. Wiosną i latem życie samo podsuwa preteksty do działania. Światło wyciąga z domu, pogoda obiecuje przyjemności, a długi dzień pozwala wierzyć, że na wszystko jeszcze znajdzie się czas. Jesienią te wszystkie zachęty znikają. Zostaję sam ze sobą. I nagle okazuje się, że własne towarzystwo wcale nie musi być tak przyjemne, jak sobie wyobrażałem.

Zabawne. Przez większą część roku marzę o chwili, w której nic nie będę musiał. O spokojnym popołudniu bez obowiązków, o wieczorze bez telefonu, o dniu, którego nikt mi wcześniej nie zaplanował. A kiedy taki dzień wreszcie nadchodzi, nie umiem się nim cieszyć. Wolność od zajęć zamiast przynosić ulgę zaczyna uwierać. Jakbym potrzebował nie tylko odpoczynku od świata, lecz również świata, który od czasu do czasu pozwoli mi odpocząć od samego siebie.

Nie wiem, czy istnieje skuteczna metoda na ten stan. Nie przekonują mnie łatwe recepty, według których wystarczy wyjść na spacer, znaleźć sobie hobby albo pomyśleć pozytywnie. Gdyby to było takie proste, jesienna deprecha nie wracałaby co roku.

A może problem polega również na tym, że za wszelką cenę próbuję się jej pozbyć? Że kiedy przychodzi gorszy dzień, zamiast pozwolić mu po prostu minąć, natychmiast szukam sposobu, żeby uczynić go lepszym? Jakbym miał obowiązek być zadowolonym z życia nawet wtedy, kiedy zwyczajnie nie mam na to siły.

Może więc trzeba nauczyć się przeżywać również te dni, które nie przynoszą żadnej szczególnej radości. Nie domagać się od każdego poranka obietnicy szczęścia. Nie uważać każdego bezproduktywnego popołudnia za zmarnowane. Przyjąć, że życie składa się także z okresów, w których po prostu trudno być sobą.

Łatwo mi o tym mówić, znacznie trudniej rzeczywiście się z tym pogodzić. Kiedy patrzę za okno o szesnastej i widzę ciemność, mam wrażenie, że ktoś przedwcześnie zakończył kolejny dzień mojego życia. A przecież tych dni nie mam już nieskończenie wiele. I chyba właśnie to jest w tej jesiennej depresze najtrudniejsze. Nie chłód, nie deszcz, nawet nie brak słońca. Tylko świadomość upływającego czasu, połączona z nieznośnym poczuciem, że nie bardzo wiem, jak przeżyć ten, który jeszcze mi pozostał.

Jeśli te słowa dały Ci do myślenia – ofiaruj Petelowi łyk energii niezbędnej do opisywania świata.

Dokarm autora kofeiną

Published inesej

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *