Skip to content

Patrzenie w bok

Karta – 5

Zmierzcha się. Okno sąsiada zaczyna świecić pomarańczowym światłem. Widzę je z kuchni, gdzie, stojąc przy zlewie, myję naczynia. Kwadrat ciepła zawieszony w granatowej ciemności. Za nim poruszają się cienie: śmiech, gest ręki nalewającej wino, sylwetka kogoś, kto tańczy, choć muzyki oczywiście nie słyszę.
Nie znam mojego sąsiada. Nie wiem, jak się nazywa jego żona ani czy w ogóle ma żonę. Nie wiem też, czy to, co obserwuję, jest szczęściem, czy tylko jego dekoracją.

Ręce od dłuższej chwili mam zanurzone w wodzie. Robi się coraz chłodniejsza.
Patrzę w okno sąsiada.
Patrzę zbyt długo.
Za długo.

Pozycja ciała

To jeszcze nie choroba. To tylko spojrzenie w bok — mówię sobie, wycierając ręce w ściereczkę i rejestrując cytrynowy zapach detergentu. Przecież każdy czasem patrzy w bok.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy takie spojrzenie, powtarzane wystarczająco często, przestaje być gestem, a staje się pozycją ciała. Mięśnie karku uczą się nowego kąta. Oczy zapominają, jak wygląda widok na wprost.
I wtedy, nawet gdy zgaśnie światło w oknie sąsiada, nawet gdy zasłony zostaną zaciągnięte, człowiek nadal stoi w tym samym skręcie.
Bo już nie szuka konkretnego okna.
Szuka jakiegokolwiek światła, byle nie własnego.

Bumerang

Kierkegaard napisał kiedyś zdanie, które zapamiętałem, bo brzmi bardziej jak diagnoza niż aforyzm: podziw jest szczęśliwym poddaniem się, zazdrość — nieszczęśliwym utwierdzaniem siebie.
Tyle że po polsku powiedziałbym tu raczej: zawiść.
Zazdrość potrafi jeszcze tylko boleć. Zawiść potrzebuje już coś zrobić z cudzą przewagą. Nie wystarcza jej świadomość, że ktoś ma więcej, osiągnął więcej, zrobił lepiej. Musi tę różnicę jakoś przetworzyć.
Zawiść nigdy nie idzie prosto do celu. Nie atakuje tego, komu zazdrościmy. Zawraca — jak bumerang wypuszczony pod złym kątem — i wraca dokładnie do ręki, która go wysłała.
Nie mówi: „on ma za dużo”.
Mówi ciszej, a przez to skuteczniej:
„ja mam za mało”.
Na tym polega cała sztuka tego mechanizmu: przemienić cudzy sukces w dowód własnej pustki. Przeprowadzić sekcję nie na obiekcie zazdrości, ale na sobie. I robić to z precyzją, której nie powstydziłby się żaden patolog.

Według cudzej miary

Stanąć przed sobą i powiedzieć wprost: nie jesteś dość dobry — wymaga samokrytyki, może nawet odwagi. Trzeba nazwać własne braki i przyjąć do wiadomości, że ktoś okazał się lepszy.
Zawiść pozwala tego uniknąć.
Nie każe niczego o sobie wypowiadać. Wystarczy porównywać się z innymi — codziennie, po cichu, bez świadków.
Każde takie porównanie zostawia drobny ślad.
Ktoś osiągnął więcej.
Ktoś szybciej doszedł tam, gdzie ja wciąż próbuję dojść.
Ktoś zrobił lepiej coś, co uważałem za własną domenę.
Jedno takie porównanie niewiele znaczy. Ale jeśli człowiek robi to sobie codziennie przez lata, w pewnym momencie zaczyna żyć według cudzej miary.
Po latach można nagle zobaczyć siebie jak przez szybę: nie całkiem wyraźnie, ale wystarczająco, żeby dostrzec miejsca, które bolą.
Tu przegrałem.
Tu nie zdążyłem.
Tu ktoś inny był lepszy ode mnie w byciu mną.
I najgorsze jest to, że często nawet nie wiadomo, kiedy zaczęliśmy prowadzić ten rachunek. Ani z kim właściwie się ścigamy.

Dom, który spłonął od środka

Najbardziej zdradliwe w zawiści jest to, jak łatwo potrafi przebrać się za ambicję.
Mówi: to mnie motywuje. To mnie pchnie do przodu. Patrz, jak się mobilizuję na widok cudzego triumfu.
Ale ambicja i zawiść, choć czasem noszą tę samą twarz, mają zupełnie inne wnętrza.
Ambicja buduje. Kładzie cegłę na cegle, nawet jeśli budynek nigdy nie zostanie skończony, nawet jeśli architekt umrze przed położeniem dachu.
Zawiść niszczy od środka.
Jak ogień, który przeszedł przez wnętrze domu. Z ulicy wszystko jeszcze może wyglądać znajomo: ściany stoją, okna są na swoim miejscu, drzwi dają się otworzyć. Dopiero w środku widać osmalone belki, popękany tynk i popiół.
Tego nie da się zamieść pod ścianę i udawać, że nic się nie stało.
Popiół nie zmienia się z powrotem w cegłę.

Koronczarka

Jest w Luwrze mały obraz Vermeera, ledwie większy od kartki papieru.
Kobieta pochylona nad koronką. Dłonie i szpulki nici namalowane z ostrością, jakiej próżno szukać gdzie indziej w jego twórczości. A tuż przed nią, w tym samym kadrze, poduszka do szycia z czerwonymi i białymi nićmi rozlewa się w plamy koloru pozbawione konturów — jakby ktoś, patrząc na tę samą scenę, przesunął ostrość obiektywu o kilka centymetrów.
To nie błąd.
To decyzja.
Malarz wybrał, co ma być ostre.
Kobieta na obrazie nie wie, że ktoś ją ogląda. I nawet gdyby wiedziała, prawdopodobnie niczego by to nie zmieniło. Cała jej uwaga skupiona jest na tym, co robi.
Być może właśnie o to chodzi w podziwie: umieć uznać cudzą wartość bez natychmiastowego mierzenia jej ze sobą.
Zawiść działa odwrotnie.
Odbiera ostrość naszym dłoniom i przenosi ją na cudze.
Nagle ważniejsze staje się nie to, co robię, ale to, co robi ktoś obok — szybciej, lepiej, skuteczniej.
Nici w tle nie znikają.
Po prostu nie powinny być ważniejsze niż te, które właśnie prowadzę.

Geometria własnego ciała

Wracam do okna z tym samym pytaniem, które zadaje mi obraz z Luwru: co właściwie trzymam w ostrości, skoro moje własne ręce od kilkunastu minut robią coś, czego niemal nie zauważam?
Ręce znowu w wodzie.
Woda już całkiem zimna.
Pomarańczowy kwadrat. Cienie wciąż się poruszają, nieświadome, że są obserwowane. Nieświadome, że stały się ekranem, na którym ktoś projektuje własny niedosyt.
Zawiść rzadko przychodzi wprost.
Częściej zakrada się bokiem — przez uchylone drzwi cudzego szczęścia, które oglądamy tak długo i z taką drobiazgową uwagą, że przestajemy dostrzegać najprostszą geometrię własnego ciała:
stojąc twarzą do cudzego okna, stoimy plecami do własnego domu.
Można tak stać bardzo długo.
Wystarczająco długo, żeby w końcu nie wiedzieć już, co dzieje się za własnymi drzwiami.

Zgaszona lampa

Dlaczego zgasła tam lampa?
A może wcale nie zgasła.
Może patrzyłem w cudze okno tak długo, że przestałem zauważać własne światło.
I jest jeszcze jedna możliwość. Mniej wygodna.
Być może całe to opisywanie zawiści — rozbieranie jej na mechanizmy, obrazy i metafory — również jest sposobem, żeby nie odwrócić się od okna.
Łatwiej nazwać to, co robi ze mną cudze życie, niż sprawdzić, czego brakuje w moim.
Woda w zlewie dawno wystygła, a ja nadal stoję z rękami zanurzonymi po nadgarstki.
Patrzę w tę samą stronę co zawsze.
Tyle że teraz już wiem, że to nie jest patrzenie przed siebie.
To jest patrzenie w bok.

Jeśli te słowa dały Ci do myślenia – ofiaruj Petelowi łyk energii niezbędnej do opisywania świata.

Dokarm autora kofeiną

Published inesej

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *