Rozmawialiśmy z nią o Bogu, siedząc przy stole, na którym stały dwa kubki i nic poza nimi. W mieszkaniu było chłodno, bo ogrzewanie włączają u mnie zawsze z opóźnieniem, nie zważając na pierwsze jesienne przymrozki. Pamiętam, że przez cały czas trzymała dłonie owinięte wokół ceramiki, grzejąc je ciepłem uciekającym ze stygnącej herbaty.
Mówiłem przekonująco. Miałem ten rodzaj przewagi, który przychodzi, kiedy człowiek zna swoje argumenty na pamięć. Dowodziłem, że religia jest systemem, i to systemem wyjątkowo dobrze zaprojektowanym: obietnica na końcu, lęk na początku, wina w środku, autorytet, który tę winę mierzy, i rytuał, który ją zdejmuje. Że instytucja, która przez tysiąclecia utrzymuje wyłączność na sens, nie utrzymuje go przypadkiem. Podkreślałem wpływ na wyobraźnię zbiorową i byłem z siebie zadowolony, bo wyobraźnia zbiorowa brzmi jak coś, czego nie da się podważyć zwykłym zdrowym rozsądkiem.
Nie kontrowała. Powiedziała tylko, że to nie ma nic wspólnego z tym, czy religia mówi prawdę, bo kiedy człowiek przestaje sobie radzić, musi mieć gdzie złożyć swój ciężar.
I w tym momencie moja logika nie miała się czego chwycić. Była zbudowana do burzenia twierdzeń, a ona nie wysunęła przecież żadnego.
Kilka dni później wszedłem do kościoła, żeby przeczekać deszcz. Nie było w tym nic z powrotu ani z pokusy; po prostu wszedłem w najbliższe otwarte drzwi, mając mokre ubranie i pół godziny do zabicia. W środku panowała ta temperatura, jaką mają wnętrza z grubego kamienia w sierpniu: chłód, który nie jest wcale przyjemny, tylko obojętny. Pachniało wilgotnym tynkiem i woskiem.
Stanąłem nieopodal konfesjonału. Położyłem dłoń na poręczy i poczułem coś, czego się nie spodziewałem. Drewno było dziwnie wygładzone. Nie wypolerowane przez stolarza — starte. Lakier zszedł, odsłaniając jaśniejszy odcień pod spodem. Krawędź, która musiała kiedyś być ostro sfazowana, zaokrągliła się w miejscu, gdzie mieści się dłoń grzesznika. Trochę niżej obicie klęcznika przetarło się do osnowy, dwoma plamami, symetrycznie.
To nie był ornament ani symbol. To był dowód, że ktoś tu był.
Drewno nie zna wiary, ale zna dotyk. Materiał długo nie pokazuje, co się z nim dzieje. Jeden dotyk nie zostawia po sobie niczego. Trzeba tysięcy dotyków, żeby krawędź zaczęła się zaokrąglać. Cokolwiek myślę o Bogu, nie mam żadnego wpływu na to, że tamta poręcz jest gładka. Ktoś ją tak wytarł. Nie jeden ktoś. I nie przez rok.
Zaciekawiło mnie, ile ten mebel ma właściwie lat, i okazało się, że jest znacznie młodszy niż to, czemu służy. Obowiązek spowiadania się przynajmniej raz w roku wprowadził IV Sobór Laterański w 1215 roku. Konstrukcja z kratką, ta współczesna, z przegrodą i anonimowością, upowszechniła się dopiero po Soborze Trydenckim, w szesnastym wieku; jednym z tych, którzy ją zalecali i opisywali, był arcybiskup Mediolanu, Karol Boromeusz. Wcześniej praktyka zmieniała się przez stulecia i nie miała jednego kształtu, ale wyznanie odbywało się bez tej przegrody — przy ołtarzu, w stallach, twarzą w twarz. Kratę ktoś zaprojektował później — tak jak projektuje się więzienne cele. Ktoś usiadł i stworzył mebel do mówienia najgorszych rzeczy ze swojego życia.
Boję się umierania i mówię to bez żadnej metafory. Nie chodzi o niepokój metafizyczny, tylko o stan, który budzi mnie czasem nad ranem: przyspieszone tętno, zimno w przedramionach, świadomość ciała jako urządzenia, które ma określoną liczbę cykli. Nie chcę przestać istnieć. Chciałbym, żeby śmierć była przesiadką, przemianą, przepływem, czymkolwiek, co ma ciąg dalszy.
Tyle że samo to, że czegoś chcę, nie jest dowodem, że to istnieje. To jedyna zasada rozumowania, której trzymam się konsekwentnie, choć działa wbrew temu, czego pragnę. Gdybym pozwolił sobie wnioskować z pragnienia, uwierzyłbym, że po śmierci świadomość jednak trwa.
I dopiero stojąc przy tamtym konfesjonale, zauważyłem coś, czego wcześniej nie brałem pod uwagę, kiedy mówiłem o obietnicy nieśmiertelności. Religia, przynajmniej ta, którą znam najlepiej, nie obiecuje samej nieśmiertelności. Obiecuje nieśmiertelność rozliczoną. Zaraz po śmierci następuje sąd szczegółowy, w którym życie człowieka zostaje odniesione do Chrystusa, i to tam zapada wyrok. Czyściec, wbrew popularnemu wyobrażeniu, nie jest zawieszeniem sprawy ani szansą na apelację. To stan oczyszczenia kogoś, kto jest zbawiony. Nawet piekło opisane jest nie jako kaźń wymierzona z zewnątrz, lecz jako trwanie w oddzieleniu i cierpieniu, które człowiek sam wybrał.
Innymi słowy: tam nie chodzi tylko o to, że coś będzie dalej. Chodzi o to, że ktoś podsumuje, jak było.
Podejrzewam — i wiem, że to tylko moje podejrzenie, nie żadne naukowe ustalenie — że nie boimy się wyłącznie nicości. Boimy się również tego, że sprawa zostanie nagle zamknięta bez orzeczenia. Że przez, powiedzmy, osiemdziesiąt lat będziemy prowadzić postępowanie przeciwko sobie, gromadzić materiał, wracać do zeznań, a potem serce po prostu przestanie tłoczyć krew i nikt nigdy nie ogłosi wyroku.
To całkiem inny lęk niż ten przed ciemnością.
I dopiero tutaj wraca to, od czego zaczynałem, czyli mój ulubiony zestaw pytań. Dlaczego dorosły człowiek potrzebuje pośrednika między sobą a tym, co uważa za absolut. Dlaczego najbardziej wstydliwą rzecz trzeba wypowiedzieć na głos obcemu mężczyźnie za kratką. Dlaczego zamknięcie sprawy wymaga formuły, gestu i drugiej osoby, skoro sumienie jest podobno wewnętrzne.
Byłem z tych pytań zadowolony dokładnie tak długo, jak długo nie sprawdziłem, jak ten mechanizm działa naprawdę. Bo nie funkcjonuje tak, jak go sobie karykaturalnie ustawiłem. Kapłan nie mówi we własnym imieniu, choć formuła brzmi „i ja odpuszczam tobie grzechy” — to „ja” ma w tej teologii odsyłać do Chrystusa, nie do człowieka, który je wypowiada. Rozgrzeszenie nie kasuje skutków tego, co się zrobiło: katechizm mówi wprost, że trzeba oddać rzecz ukradzioną i przywrócić dobre imię temu, kogo się oczerniło, i nazywa to wymogiem zwykłej sprawiedliwości. Zatajenie grzechu ciężkiego unieważnia całe rozgrzeszenie — ale Kościół rozróżnia świadome przemilczenie od zwyczajnego zapomnienia: zapomniane nie obciąża, przemilczane owszem.
System jest twardszy od swojej karykatury. I to zabolało mnie najbardziej — nie odkrycie, że religia ma jakąś spójną strukturę moralną w sensie afirmatywnym, bo nie o to tu idzie. Zabolało mnie odkrycie bardziej niepokojące: że mam do czynienia z dobrze zaprojektowaną machiną narracyjną, która narzuca kapłana jako pośrednika, mimo że nie ma żadnego dowodu na to, że ten pośrednik jest w jakikolwiek sposób niezbędny czy uprzywilejowany w dostępie do absolutu. Formuła „Chrystus przemawia przez kapłana” jest strukturalnie tego samego rodzaju twierdzeniem co starożytny egipski kapłan unoszący artefakt nad głową, przed którym lud padał na twarz — to nie jest prawda zweryfikowana, tylko autorytet ustanowiony przez samo powtórzenie i rytuał, bez żadnego zewnętrznego dowodu.
To, co mnie więc bolało, nie było odkryciem, że religia jest moralnie słuszna czy wewnętrznie spójna w sensie dobra. Bolało mnie odkrycie, że mechanizm narzucania tej fikcji — kapłan ustanowiony jako dozorca strzegący dostępu do Boga — jest znacznie sprytniej, szczelniej i bardziej drobiazgowo zaprojektowany, niż zakładała moja wcześniejsza karykatura. Moja pierwotna krytyka była zbyt płaska: kapłan jako po prostu „facet za kratką”, rytuał jako pusty gest. Rzeczywistość okazała się bardziej przemyślaną, systemową konstrukcją władzy, niż sobie wyobrażałem — co jest bardziej niepokojące, nie mniej. To był pierwszy rachunek, który mi się nie zgadzał.
Drugim jest mój. Prowadzę go od lat, nocą, bez wyznaczonych godzin, i mam w nim kilka spraw, które nawiedzają mnie z regularnością, jakiej nie mają żadne moje postanowienia. Wracam do jednego zdania, do jednej decyzji, do jednego wieczoru, w którym mogłem zrobić coś innego i wiedziałem o tym już wtedy. Odkąd zauważyłem, że drewno w konfesjonale jest wytarte przez tysiące powtórzeń tego samego gestu, wiem, że spowiedź nie jest jednorazowym aktem, tylko powtarzalnym rytuałem. Moje nocne wracanie do tej samej sprawy jest praktycznie tym samym rytuałem — różnica jest tylko taka, że u mnie nikt nie udziela rozgrzeszenia. Każdej nocy mogę więc zaczynać tę spowiedź od nowa, z innym aktem obwinienia.
Ta sama przewina wraca u mnie co kilka lat pod inną kwalifikacją prawną. Raz jest podłością, całkiem świadomą i wyliczoną. Innym razem okazuje się zbiorem okoliczności, o których nikt nie wie, więc nikt nie ma prawa oceniać. Potem bywa błędem wieku, w którym wszyscy popełniają takie błędy. Bywa też, w wersji najwygodniejszej, doświadczeniem, bez którego nie byłbym tym, kim jestem teraz — a to jest już zdanie tak eleganckie, że nie wymaga żadnego zadośćuczynienia.
Oskarżony, obrońca i sędzia to u mnie ta sama osoba. Apelacja przysługuje zawsze i zawsze kończy się złagodzeniem.
Wyśmiewałem kapłana-pośrednika za to, że jest zbędny. Powinienem był wyśmiewać go za coś bardziej przewrotnego: w ramach tego systemu jest niezastąpiony — nie dlatego, że ma lepszy dostęp do Boga, lecz dlatego, że bez niego nie ma rozgrzeszenia. Tam, w tej absurdalnej szafie z kratą, obowiązuje jeden warunek, którego u siebie nie mam: rzecz trzeba wypowiedzieć. Na głos. Zdaniami. Przy kimś, kto usłyszy. A wypowiedziane zdanie ma tę nieprzyjemną własność, że przestaje być plastyczne. Nie da się go potem po cichu przekwalifikować, bo istnieje już poza głową tego, kto je wygłosił.
I jeszcze jedno, bardziej upokarzające. Tam odróżnia się przemilczenie od zapomnienia, i to rozróżnienie ma sens, bo weryfikuje je ktoś z zewnątrz. U mnie nie ma nikogo, kto by taką weryfikację przeprowadził. Jedyną osobą, która wie, czy naprawdę zapomniałem, czy tylko wolałem nie pamiętać, jestem ja. Załóżmy, że jest jakieś zdanie, którego tutaj nie przytoczę. Nie ze względu na czyjąś pamięć i nie z ostrożności wobec czytelnika. Po prostu dopóki go nie wypowiem, wciąż mogę je zmieniać, a zapisane straciłoby tę zdolność na zawsze. Wciąż mogę udawać, że nie wiem, czym ono właściwie jest.
Albert Camus zbudował na tym całą książkę. W powieści „Upadek” kla-MĄS Clamence, paryski adwokat, siedzi noc w noc w amsterdamskim barze i mówi do przypadkowo poznanego mężczyzny, który nie odpowiada mu ani słowem. Sam siebie nazywa sędzią-pokutnikiem. Wyznaje własne winy po to, żeby odzyskać prawo sądzenia innych — a właściwie po to, żeby swoją winą obciążyć słuchacza. To spowiedź bez rozgrzeszenia: wyznanie nie prowadzi do uwolnienia od grzechu, lecz staje się narzędziem dającym możliwość ponownego osądzania.
To nie jest u niego kpina z Kościoła. To opis tego, co człowiek robi z systemem, kiedy usunie z niego instancję rozstrzygającą, a sam mechanizm zostawi.
Wracam czasem do tamtej rozmowy przy dwóch kubkach i wiem już, że wtedy źle słuchałem. Wydawało mi się, że ona mówi o pocieszeniu, o miękkiej poduszce dla ludzi, którzy nie potrafią unieść własnego ciężaru. A ona mówiła o czymś mniej pocieszającym, ale bardziej konkretnym: że człowiek musi mieć przy sobie kogoś, komu może ten ciężar powierzyć. Nie przekonywała mnie do Boga. Pokazała mi mechanizm, który — jak się okazało — sam uruchamiam, tyle że nie w kaplicy, a w sypialni po nagłym przebudzeniu o świcie. I bez wygłaszania formuły, po której wolno wstać z kolan.
Nie umiem z tego wyprowadzić żadnego sensownego wniosku o istnieniu czegokolwiek. Z tego, że człowiek potrzebuje odpowiedzi, nie wynika jeszcze, że odpowiedź istnieje.
Rodzi się natomiast we mnie nowa wersja tego, czego się boję. Nie chodzi już wyłącznie o to, że przestanę istnieć, zanim sam siebie rozliczę, choć to nadal zrywa mnie nad ranem i nadal jest przerażająco zimne. Wszystkie sprawy, które wracały do mnie dziesiątki razy, pozostaną nierozstrzygnięte, a mój jedyny sędzia przestanie pracować w połowie zdania.
Nie wiem, czy istnieje ktoś, kto mógłby mnie rozgrzeszyć. Wiem natomiast, że przez lata nie potrafiłem odpuścić ani innym, ani sobie. Dlatego najtrudniejsze nie jest dla mnie zdanie „…odpuść nam nasze winy”. Najtrudniejsze jest to, co następuje po nim.
„…jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.”


Be First to Comment