Najpierw znika publiczność. Nikt nie trzaska drzwiami, nikt nie rzuca pomidorami. Ludzie po prostu przestają przychodzić, a ty jeszcze długo grasz swoje wielkie przedstawienie do pustych krzeseł. Poprawiasz kostium, prężysz pierś, wypowiadasz kwestie, które kiedyś robiły wrażenie. Tyle że kurtyna już dawno opadła.
Potem zaczynają sypać się dekoracje. Ambicja, pozycja, uznanie, wszystkie te tytuły, funkcje i role, które człowiek przez lata brał za własny kręgosłup. Nagle okazuje się, że to tylko karton pomalowany na marmur. Ładnie wyglądał z daleka, ale wystarczył deszcz czasu i cała konstrukcja zaczęła mięknąć.
Starość nie wpada jednak z siekierą. Rozbiera teatr po cichu. Zabiera deski, światła, lustra i potrzebę podziwu. Zostawia człowieka samego na scenie, bez makijażu, pozy i publiczności. Widok bywa śmieszny. Ciało już nie to, głos słabszy, gest mniej pewny. Ale czy naprawdę bardziej żałosny niż maska, której tak długo broniliśmy?
Może więc starość nie jest wyłącznie stratą? Może jest brutalnym, lecz uczciwym odsłonięciem? Chwilą, w której po raz pierwszy nie trzeba już nikogo przekonywać, że jest się kimś ważnym, silnym i niezastąpionym?
Zostaje człowiek. Kruchy, zwyczajny, niedoskonały. Wreszcie prawdziwy.
I tylko jedno pytanie uwiera: dlaczego trzeba przeżyć niemal całe życie, żeby w końcu przestać je grać?


Be First to Comment