Zaczyna się niewinnie, niemal jak ulga. Ktoś wskazuje palcem i dzieli świat na czysty i skażony — a w tobie coś przytakuje. I rodzi się. Nienawiść. Nie wymaga wysiłku. Nie trzeba jej rozumieć, wystarczy poczuć. Ma swoją zwodniczą arytmetykę — upraszcza świat, aż zostaje w nim tylko winny.
Kochać z kolei, znaczy zaakceptować obcość drugiego człowieka, znieść, że nie jest taki, jakim chcemy go widzieć. To wymaga empatii i wrażliwości. Nienawiść zaś nie. Wystarczy tylko zamknąć się w sobie i znieczulić — to łatwiejsze, więc wygrywa. Dodatkowo ta łatwość bywa mylona z wolnością. Błąd. Jest jej absolutnym przeciwieństwem: zwalnia z myślenia, ale nie z winy.
Czas zapłaty przychodzi później, gdy w gardle cichnie krzyk i zostajesz sam ze sobą. Wtedy nie potrafisz zrozumieć, czy bardziej gardzisz tymi innymi, czy może gardzisz tym, kim się przy nich stałeś. Najgorsze jednak jest to, że nie umiesz przestać, bo to oznaczałoby przyznanie, że nienawidziłeś nadaremnie. Więc pielęgnuję tę nienawiść dalej, żeby nie musieć się przed sobą wstydzić. Tak zamyka się koło: pogarda dla innych rodzi pogardę dla siebie, a ta znowu szuka kogoś na zewnątrz, by choć na chwilę dać odetchnąć żywicielowi.
Kochać jest trudniej. Ale miłość nie hoduje w tobie kogoś, kim nie chciałbyś się stać.


Be First to Comment