Przez całe życie nosimy w sobie cichą umowę z przyszłością: że kiedyś, na końcu, ktoś nam wszystko wytłumaczy. Że cierpienie okaże się próbą, miłość — przeznaczeniem, śmierć — przejściem, a dzieciństwo wyzna wreszcie, dlaczego do dziś nas trzyma za gardło.
Żyjemy tak, jakby istniała ostatnia strona, gdzie zbiegną się wszystkie wątki, a sens, dotąd rozproszony, eksploduje olśnieniem.
Ta wiara jest naszą najgłębszą pociechą i jednocześnie naszym najcichszym kłamstwem. Bo zwlekamy z życiem, odkładając je na po wyjaśnieniu. Czekamy, aż świat się usprawiedliwi, zanim pozwolimy sobie w nim żyć pełnią życia.
A potem nagle przychodzi zwykły wieczór. Nie sąd ostateczny, nie objawienie — wieczór. Słońce topi się w jeziorze tak samo jak wczoraj, okolica milczy, a niebo nie otwiera ust. Nic się nie domyka. Pytania zostają tam, gdzie były, tyle że my czujemy się już nimi zmęczeni.
I wtedy dostrzegamy kubek z kawą, która stygnie. Czerwony, z jakimś bezsensownym napisem, prawdziwy. Nie jest odpowiedzią — po prostu jest.
I może w tym kryje się przesłanie, jakie nam dano: że sens nie zstępuje z góry jak wyrok, lecz mieszka w rzeczach przemijających, w cieple, które ulatuje, bo zwlekamy. I że nigdy nie zrozumiemy życia — możemy je co najwyżej wypić, zanim ostygnie.


Be First to Comment