Last updated on 28 marca 2026
Tej nocy po śmierci dziadka zegar tykał inaczej.
Wiedziałem, że to niemożliwe — to był ten sam zegar, co zawsze, stary, brązowy, stojący na kredensie od lat. Ale leżałem w ciemności i słyszałem każde uderzenie osobno, z przerwami, których wcześniej nie wychwytywałem. Jakby ktoś uniósł tkankę dźwięku i odsłonił pod nią kości.
Nie płakałem. To mnie zaskoczyło bardziej niż sama śmierć. Leżałem z otwartymi oczami i czułem — nie smutek, nie pustkę — ale coś zupełnie innego. Obecność. Cichą, nienarzucającą się, niepodważalną. Jakby właśnie teraz, gdy jeden człowiek odszedł na dobre, zrobiło się więcej miejsca na coś, co zawsze było, tylko zagłuszone.
Pomyślałem wtedy: to jest samotność. Nie ta, o której się zwyczajowo mówi. Nie brak towarzystwa. Nie pusta niedziela ani głuchy telefon. Ale to — tykanie zegara, które nagle wyraźnie słyszysz. Ciało leżące w ciemności jako jedyna pewność. Oddech, który jest twój i tylko twój, i który kiedyś się skończy.
Przez całe życie używałem słowa „samotność” jako nazwy dla niedoboru. Czegoś, czego jest za mało. Kogoś, kogo nie ma. Ale tamtej nocy poczułem, że to słowo jest jak narysowana mapa innego terytorium.
Bo czego mi brakowało? Dziadek leżał w trumnie od trzech dni. A jednak — i to jest to, czego nie potrafię do końca wypowiedzieć — byłem wtedy „całkowity”. Bez żadnej szczeliny, przez którą mógłby wlać się lęk. Szczeliny, przez którą zwykle sączyła się konieczność bycia kimś dla kogoś.
Czy można być bardziej sobą niż wtedy, gdy nikt nie patrzy i nie ma powodu udawać?
Wiem, co powiedzieliby ci, którym zależy na pocieszeniu: że to był szok. Że nie czułem jeszcze straty. Że prawdziwy smutek przyjdzie później — i przyjdzie, mieli rację. Ale tamta chwila była czymś innym niż odrętwienie. Była czymś, na co nie mam nazwy, bo wszystkie nazwy, które znam, są zbyt małe.
Mam przyjaciółkę, która mówi, że najgorsza samotność to ta w tłumie. Ma rację — ale rację łatwą. Trudniejsza prawda jest inna: że nawet w absolutnej bliskości, nawet w najgłębszej intymności, której doświadczyłem — jest granica. Milimetrowa, cieniutka — ale nieprzekraczalna.
Budzisz się obok kogoś, kogo kochasz, i przez chwilę — zanim uruchomią się nawyki, zanim zaczniesz być dla niego, dla niej — jesteś dla siebie. Sam. Całkowicie sam — w swojej czaszce, ze swoim oddechem, ze swoją przeszłością, której on, ona nigdy nie będą umieli zobaczyć tak jak ty.
To nie jest tragedia. To jest budowa.
Przez długi czas myślałem, że relacje są po to, żeby tę granicę znosić. Teraz myślę, że może są po to, żeby ją uznać. Żeby dwa osobne byty — każdy w swojej ciszy — mogło się spotkać nie po to, żeby przestać być osobno, ale żeby to „osobno” było mniej straszne.
Może miłość to nie pokonanie samotności. Może to jedynie jej oswojona wersja.
Jest w tym coś, co mnie niepokoi i co chcę powiedzieć wprost, choć nie wiem, do czego to prowadzi.
Boję się swojej samotności. Nie jej obecności — ale pewnego jej rodzaju. Tej, która przychodzi nie wieczorami ani nie tej po stracie, ale tej, gdy jestem w środku rozmowy, w środku śmiechu, przy pełnym stole — i nagle widzę siebie z zewnątrz: siedzącego, gestykulującego, wypowiadającego właściwe słowa — i czuję, że coś we mnie patrzy z miejsca, do którego nikt nie ma wstępu.
To zdarza się bez zapowiedzi. Ostatnio — u znajomych, w kuchni, nad winem, które ktoś nieostrożnie otworzył i które trysnęło na obrus. Wszyscy się śmiali. Ja też. Słyszałem swój śmiech i wiedziałem, że jest prawdziwy — nie udawałem — ale jednocześnie byłem gdzieś indziej. O pół kroku dalej. Jakbym stał w drzwiach pokoju, w którym sam siedzę. Widziałem siebie śmiejącego się i myślałem: to ty, ale nie cały. Reszta jest tam, gdzie zawsze — z tyłu, w ciemności, w miejscu, które nie ma nazwy, a które rozpoznajesz po tym, jak cicho się w nim robi.
Nie trwa to długo. Kilka, kilkanaście sekund. Potem ktoś coś mówi, ktoś dolewa wina, ktoś dotyka mojego ramienia — i jestem z powrotem. Cały. Albo prawie cały. Bo nie jestem pewien, czy to ja wracam do nich, czy to oni mnie ściągają.
Nie wiem, jak to nazwać. Dysocjacja brzmi za klinicznie — za bardzo pachnie gabinetem i formularzem. Poza tym to nie jest odcinanie się od rzeczywistości. Raczej odwrotnie: nagły, brutalny nadmiar rzeczywistości. Jakbym widział jedno zdarzenie — śmiech przy stole — na dwóch częstotliwościach naraz. Na jednej jest ciepło, jest bliskość, jest obrus w plamy od wina. Na drugiej jest to, co pod spodem: że każde z nas siedzi w swojej czaszce, że nasze śmiechy zaczynają się i kończą w osobnych ciałach, że za pięćdziesiąt lat ten stół albo nie będzie istniał, albo będzie stał gdzie indziej, i że nikt z nas — nikt — nie jest w stanie naprawdę przeniknąć w czyjeś myślenie i dotknąć tego, co tam jest.
Kiedy próbuję o tym mówić, ludzie reagują na dwa sposoby. Jedni — ci łagodni — kiwają głową i mówią: „Znam to, każdy tak ma”. I może mają rację. Może to jest, zwykle zagłuszana, ludzka częstotliwość? Drudzy milkną i patrzą tak, jakbym właśnie zdradził coś, czego nie powinno się mówić na głos. Jakby samo nazwanie tej szczeliny mogłoby ją rozszerzyć.
I może by mogło. Dlatego zwykle milczę.
Jest w tym samotność, ale nie ta, na którą jest lekarstwo. Nie ta, którą rozwiązujesz telefonem, spotkaniem, dotykiem. To jest samotność strukturalna — wbudowana w to, jak jestem stworzony. Albo — i ta myśl przeraża mnie bardziej — w to, jak stworzony jest świat. Że między mną a drugim człowiekiem jest zawsze ta jedna warstwa, cienka jak kożuch na gorącym mleku, i że mogę ją widzieć albo nie widzieć, ale nie mogę jej zdjąć.
Nie wiem, czy to jest samotność egzystencjalna, o której pisali filozofowie. Nie wiem, czy to jest patologia, o której piszą psychiatrzy. Wiem tylko, że się z nią nie zaprzyjaźniłem. Że tamta noc po śmierci dziadka była jedną z nielicznych, kiedy ta część mnie — ta, która zwykle siedzi z tyłu i obserwuje — przestała obserwować i po prostu była. Nie patrzyłam na siebie leżącego w ciemności. Byłem ciemnością. Byłem tykaniem. Nie było żadnych drzwi, w których mógłbym stanąć, bo nie było żadnego drugiego pokoju.
Może dlatego wracam do tamtej nocy. Nie z sentymentu i nie z żałoby. Wracam, bo tamtej nocy — jedyny raz, jaki pamiętam — byłem w jednym kawałku. Obserwator i obserwowany zlali się w jedno i zostało tylko to: ciało, oddech, zegar. Żadnego „ja patrzącego na ja”. Tylko ja.
I to jest paradoks, na który nie mam wyjaśnienia: nigdy nie byłem mniej samotny niż wtedy, gdy byłem najbardziej sam.
Tego wyjaśnienia szukam. Nie w ludziach i nie w ich braku. W tykaniu zegara, który zaczął tykać inaczej.
Nie mam zakończenia.
Mam zegar, który stoi teraz u mnie w domu. Przywiozłem go po pogrzebie, nie wiedząc dlaczego. Tyka tak samo, jak zawsze. Ale czasem, w nocy, kiedy wszystko inne milknie — słyszę ten odstęp. Tę przerwę między uderzeniami, która nie jest ciszą, tylko przestrzenią.
W niej coś mieszka.
Jeszcze nie wiem co.

Be First to Comment