Skip to content

Sztuka patrzenia

W liceum namiętnie kolekcjonowałem spojrzenia. Trzy w autobusie, jedno w bibliotece, dwa na weselu kuzyna, z czego jedno pewnie przez pomyłkę, ale też trafiło do rejestru. Patrzyłem na kobiety jak chłopak, który dopiero co dostał kluczyki do auta: gaz po nogą i przekonanie, że cała droga należy do mnie. Talia, kolano spod sukienki, ulotny zapach szamponu, odsłonięty dekolt. Patrzyłem zachłannie. Dosłownie pożerałem wzrokiem i w każdej napotkanej kobiecie szukałem czegoś, co mogłoby stać się moją przygodą. Nie interesowało mnie jeszcze, kim była, skąd wracała i dokąd szła. Wystarczało, że była piękna i że przez chwilę mogłem sobie wyobrażać, że to piękno jest na wyciągnięcie ręki. Nie wstydzę się tamtego chłopaka. Był głodny, a głód ma swoje prawa.

Wczoraj w kawiarni kobieta przy sąsiednim stoliku czytała list. Prawdziwy, napisany odręcznie, na kartce z wyraźnymi śladami zagięć. W pewnej chwili uśmiechnęła się do przeczytanych słów, a potem roześmiała się na głos, zupełnie niespodziewanie. Zaraz jednak odruchowo zasłoniła usta dłonią, jakby uświadomiła sobie, że nie jest tu sama. Była piękna i moje ciało natychmiast to odnotowało. Nie jestem z kamienia, choć kolana coraz częściej próbują mnie o tym przekonać. Ale ten drobny gest, dłoń przyłożona do ust, poruszył moją wyobraźnię. Pomyślałem, ile jeszcze takich gestów kryje się w tej kobiecie. Ile jest w niej drobnych, niemal niedostrzegalnych znaków, z których każdy może być zaproszeniem, przestrogą, obietnicą albo odmową. I jak niezwykłym darem jest umiejętność ich odczytywania, choć przecież nigdy nie można mieć pewności, że zrozumiało się je właściwie. Jak wygląda jej twarz, kiedy naprawdę się wzrusza? Jak się śmieje, kiedy nie musi pamiętać, że siedzi wśród obcych? Czy w bliskości z drugim człowiekiem zachowuje tę samą spontaniczność, czy odsłania w sobie coś zupełnie innego? I przez chwilę zapragnąłem nie tyle jej dotknąć, ile znaleźć się w świecie, w którym mógłbym poznać odpowiedzi na te pytania.

Nie podszedłem. Nie chciałem zakłócić tej chwili, burzyć czegoś, co powstało na moich oczach i istniało przecież zupełnie beze mnie. Patrzyłem na nią jeszcze przez moment, zdumiony nie tyle jej urodą, ile własnym odkryciem. Potrzebowałem niemal pięćdziesięciu lat, żeby pojąć, że w kobiecie można dostrzec znacznie więcej, niż podpowiadają oczy. Że czasami wystarczy jeden gest, żeby zapragnąć poznać cały świat, który się za nim kryje. I że nie każda taka fascynacja musi prowadzić do spotkania. Czasem największą przyjemnością jest samo odkrycie, że potrafi się już patrzeć inaczej. Nie tylko z pożądaniem.

I tylko żal, że człowiek uczy się tego tak długo, a czasu na zachwyt zostaje coraz mniej.

Jeśli te słowa dały Ci do myślenia – ofiaruj Petelowi łyk energii niezbędnej do opisywania świata.

 

Dokarm autora kofeiną

Published inesej

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *