Między pulsem dnia a nocą bez dna rodzi się rozdwojenie — ciche, niemal eleganckie. Jedna część ciała klęka, druga prostuje kark. W ustach rodzi się smak metalu; każde słowo może stać się wyrokiem przeciwko mnie.
Modlitwa przypomina rozmowę przez ścianę: odpowiedź dociera tak stłumiona i rozproszona, że nie wiem, czy rzeczywiście ktoś coś szepcze, czy to tylko mój własny głos wraca jako echo.
Światło w kościele jest chłodne. Spływa ze sklepienia i przykleja się do skóry, jakby chciało ją naznaczyć. W jego niepokojącym blasku wszystko wydaje się możliwe – sens, cel, czyjaś obecność w tym milczeniu pulsującym pomiędzy murami świątyni. Ale zaraz po ponownym wejściu w zgiełk miasta powietrze gęstnieje, pojawiają się wątpliwości, a kroki plączą ścieżki. To, co przed chwilą było pewnością, zaczyna się rozwarstwiać, pękać na pół: jedna połowa wierzy, druga bada ranę, która ciągle pulsuje i się sączy.
W tym rozdwojeniu nie ma krzyku, jest tylko stałe napięcie, jak struna naciągnięta między potrzebą a zwątpieniem. Każdy gest nabiera ciężaru dowodu. Każda wątpliwość – winy. I tak trwa ten ruch wahadła: od całkowitego oddania do chłodnej analizy, od oślepiającego światła do wiecznych ciemności.
Ostatecznie najtrudniejszym nie jest pytanie o istnienie, lecz to, czy po drugiej stronie ciszy rzeczywiście ktoś odpowiada, czy jest to tylko mój własny głos, który wraca jako echo i udaje kogoś innego.


Be First to Comment