Była jak powietrze. Nie zauważałem jej, bo nie musiałem — wystarczyło, że mogłem oddychać. Stawiała kubek po mojej prawej stronie, zawsze tej samej, i nie wiedziałem nawet, że to ona wyznaczała stronę, po której zaczynał się mój dzień.
Mówiła do mnie wieczorami, a ja odpowiadałem tym swoim półsłowem, które oznaczało „później”. Wierzyłem, że później istnieje. Że jest magazynem, w którym odkładane rozmowy czekają nienaruszone, gotowe, kiedy wreszcie znajdę na nie czas.
Teraz wiem, że później jest jednym z najkrótszych słów. Że trwa dokładnie tyle, ile potrzeba, by ktoś przestał czekać.
Zniknęła. Nie nagle — odchodziła powoli, znikała jak wpadające przez okno w pokoju światło, gasnące po zachodzie słońca. A ja, zajęty czymś ważniejszym, zauważyłem ciemność dopiero, gdy nie mogłem trafić do drzwi.
Dziwna to rachuba naszego serca: kogoś, kto jest, traktujemy jak tło — jak ścianę, która jest bo jest, dopóki nie runie i nie uzmysłowi nam, że to ona trzymała dach.
Stawiam teraz kubek po prawej stronie. Sam, dla siebie. I po raz pierwszy rozumiem, że to nie był nawyk. To była czułość, której nie umiałem przyjąć i nazwać. I docenić.
Uczę się jej nieobecności jak nowego języka, którego powinienem był nauczyć się wcześniej — wtedy, gdy jeszcze mogłem z nią rozmawiać.


Be First to Comment