Nie zabiłem, nie ukradłem, nikogo nie skrzywdziłem ani czynem, ani słowem. A mimo to coś we mnie szepcze, że jestem winny. To wina bez czynu — wyrok, którego nikt nie wydał, bo nikt nie może go wydać prócz mnie samego.
Były dni, kiedy pozwalałem telefonowi dzwonić zbyt długo. Były słowa, których nie wypowiedziałem, bo wydawały się jeszcze niepotrzebne, jeszcze przedwczesne. Zawsze zakładałem, że będzie „jeszcze kiedyś”. A potem nagle nie było już nic — tylko cisza po drugiej stronie i ja, zajęty własnym życiem tak bardzo, że nie zauważyłem, kiedy czyjeś się skończyło.
Prawo mnie nie dosięgnie. Nie ma paragrafu za to, że byłem obecny, lecz nieuważny. Nie ma kary za to, że spokojnie oddychałem, gdy ktoś oddychał po raz ostatni. I właśnie dlatego ta wina jest taka ciężka — nie da się jej odsiedzieć, odpokutować ani spłacić. Nie ma sędziego, który mógłby mnie skazać, ani takiego, który mógłby uniewinnić.
Może sumienie nie rozlicza nas z tego, co zrobiliśmy, lecz z tego, kim mogliśmy być dla kogoś choćby przez jedną chwilę dłużej. Może wina bez przestępstwa to po prostu miłość, która spóźniła się o jedno zdanie.
Czy gdybym wtedy został, coś by się zmieniło? Nie wiem. I właśnie ta niewiedza jest moją karą — dożywotnią, bez świadków, bez wyroku, bez końca.


Be First to Comment