Powietrze zatrzymuje się na moment w gardle, jakby zapomniało, w którą stronę ma przepływać. Między jednym oddechem a drugim coś się zawiesza — cienka, ledwie wyczuwalna niteczka, drży napięta tuż pod skórą. Cisza zalega w uszach jak ucisk. Palce wiotczeją zapomniawszy po co się poruszały.
Siedzisko krzesła twardnieje, koszula zachłannie lepi się do pleców. Myśl nie biegnie dalej. Nie szuka drogi. Krąży w miejscu, aż w końcu osiada niżej, tam, gdzie słowa nie mają dostępu. Tam nie ma półek ani etykiet. Rzeczy nie są poukładane. Leżą obok siebie, ciężkie, ciche. Czas stoi w bezruchu, ale nie jak głaz, raczej jak woda w głębokiej studni. Nie muszę niczego przyjmować ani odrzucać. Trwam, oparty o własny ciężar.
Za oknem ktoś przechodzi. Kroki odbijają się od chodnika, nierówne, chaotyczne. Świat nie przestaje istnieć. Przytłumia się, jakby ktoś odarł go z wierzchniej warstwy dźwięku. I ten nagi świat niczego ode mnie nie chce. Jest jak chłód powietrza na nadgarstku — stały, obojętny, wystarczający.
Coś nagle brzęczy w kuchni. Krótko, ostro. Niteczka zrywa się bez dźwięku. Oddech wraca pierwszy — głębszy, cięższy. Palce znów znajdują krawędź klawiatury, sprawdzają ją, niedowierzając, że mogłaby zniknąć.
Pokój mebluje się na nowo — kubek, plama światła na podłodze, cień krzesła, wszystko na swoich miejscach, posłuszne.
A jednak przez mgnienie nic nie miało miejsca. Nie było dokąd wracać ani gdzie wychodzić. Tylko to drżące zawieszenie, cienkie jak kożuch na mleku, który wystarczyło musnąć językiem, żeby się rozerwał. I zanim przyszło pierwsze słowo, zanim zdążyło przybrać kształt myśli, wszystko zdążyło się rozpaść.
Chyba znowu nic nie uda mi się dziś napisać.


Be First to Comment