Last updated on 17 czerwca 2026
Gaszę światło i mówię sobie, że wreszcie pozbyłem się świadków. Ciemność wydaje się miłosierna — zaciera to, co widziałem, rozmywa to, co zrobiłem, pozwala mi udawać, że nic się nie wydarzyło. Wchodzę w nią jak w spowiedź, której sam sobie udzielam. Wierzę, że zamknięcie oczu potrafi oczyścić sumienie.
Nie ma jednak tak dobrze. Ciemność niczego nie kasuje. Oddziela jedynie od wszystkiego, co uwierało za dnia — od hałasu, od ludzi, od ruchu, od rzeczy, które pozwalały nie myśleć. I nagle, o ironio! w ciemności jest głośniej niż w dzień. Nie spodziewałem się tego. Myślałem, że cisza będzie bezpieczna, kojąca, bezdźwięczna. Wszedłem w nią jak do kryjówki. A tu… nie ma się gdzie schować.
Najtrudniejsze są te noce, kiedy leżę bez ruchu i nie mogę uciec nawet we własnej głowie. Oddech za głośny. Serce za głośne. Nic nie zagłusza samotności — ani brzęk naczyń za ścianą, ani deszcz na parapecie. Jestem tylko ja i to, co przyniosłem do łóżka. Myśli, które za dnia dawało się zakrzyczeć teraz siedzą na piersi, przyglądają mi się uważnie i czekają. Wiem, że w pewnym momencie rzucą się na mnie jak zgłodniałe bestie. I okazuje się, że ciemność, w którą wszedłem szukając ratunku, jest miejscem, gdzie mnie dopadną.
Myślałem, że zapadając w mrok, ucieknę przed światłem. Że wreszcie będę bezpieczny… W rzeczywistości uciekałem przed sobą, co przecież jest niemożliwe. Leżę bezbronny, wpatrzony w sufit. W ciemności kłamstwo nie przechodzi przez gardło.


Be First to Comment