Skip to content

Stary w momencie narodzin

Last updated on 21 czerwca 2026

Boimy się starości, bo pamiętamy o długu, który zaciągnęliśmy, nie wiedząc o tym — w dniu, w którym przyszliśmy na świat. Czy starość rzeczywiście jest straszna? Czy jest jedynie dowodem egzystencji? Wszak ten, kto zdążył się zestarzeć, żył wystarczająco, by spłacić zaciągnięty dług i poznać smak istnienia w jego pełni. Zaś ci, którzy odeszli za wcześnie, nie dotarli do miejsca, w którym uporczywy strach przed niebytem staje się ciężarem codzienności.

A jednak dług ten jest osobliwy, bo nikt nie pytał nas o zgodę na jego zaciągnięcie. Otrzymaliśmy życie jak pożyczkę, o którą się nie prosiliśmy — i od pierwszego oddechu zaczęliśmy ją spłacać, mimo iż nikt nie podał nam wysokości salda. Wiemy jedynie tyle, że nasz wierzyciel jest cierpliwy i milczący, że nie ponagla, nie upomina, ale odbiera swoje powoli, dzień po dniu, oddech po oddechu. Każdy świt to kolejna moneta wysunięta z naszej zaciśniętej dłoni — a my, przerażeni, próbujemy ją zacisnąć jeszcze mocniej, jakbyśmy mogli oszukać kogoś, kto i tak po wszystko przyjdzie w odpowiednim czasie.

I tu kryje się największe złudzenie: że spłacając, zbliżamy się do wolności — że istnieje ostatnia rata, po której dług zostanie umorzony, a my wywiniemy się śmierci. Lecz wierzyciel nie po to przyjmuje nasze monety, by kiedyś nas uwolnić. Przyjmuje je, by powoli, cierpliwie odebrać wszystko. Im sumienniej spłacamy, tym bliżej do dnia, w którym okaże się, że jedyną formą zamknięcia rachunku jest oddanie samego siebie. Nie wykupimy się z istnienia — bo to właśnie istnienie jest długiem, a jego spłatą może być wyłącznie jego utrata.

Może więc, gdy się nad tym głębiej zastanowić, starość nie jest złodziejem, lecz świadkiem. Tym, który stoi obok i nie odwracając wzroku przygląda się, jak wydajemy ostatnie monety. To właśnie starość zdejmując kolejne zasłony, pokazuje nam wreszcie prawdziwą naturę transakcji: to że żyliśmy na kredyt, że każda chwila była tylko wypożyczona, a jej wartość brała się wyłącznie z tego, iż kiedyś trzeba będzie ją zwrócić.
Powoli rozumiemy, że wieczność jest bezwartościowa, bo cóż znaczy kolejna moneta tam, gdzie jest ich nieskończenie wiele? Dopiero skończoność czyni nasze dni cennymi — i całe to okrucieństwo, a może i całe piękno istnienia tkwi w tym, że poznajemy ich wartość dopiero wtedy, gdy zostaje nam ich coraz mniej.

Jeśli te słowa dały Ci do myślenia – ufunduj łyk energii niezbędnej do opisywania świata.


Dokarm autora kofeiną

Published inesej

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *