Skip to content

Znikanie

Last updated on 27 czerwca 2026

Czasem mam wszystkiego po dziurki w nosie. I nie — nie chodzi o to, że mam ochotę przestać być. Raczej o to, by przestać być kimś. Różnica jest subtelna, lecz cała moja chęć zniknięcia mieści się właśnie w tej subtelności.

Wyobrażam sobie nie grób, lecz lukę. Dzień, w którym nikt nie potrzebuje mnie po imieniu. Telefon milczy nie dlatego, że umarłem, ale dlatego, że nie ma już abonenta. Zostaje ciało, które oddycha — i nie ciąży na nim żadna rola.
Bo każda rola to obietnica złożona komuś. Dziecku — że niedługo wrócę. Szefowi — że dowiozę termin. Sobie — że jeszcze coś napiszę. Noszę te obietnice jak warstwy ubrań, których nie sposób zdjąć, bo okazałoby się, że pod nimi nikogo nie ma.
I tu rodzi się sprzeczność: chcę zniknąć tak, żeby nikt nie zapłakał. Ale jeśli nikt nie zapłacze, znaczy, że mnie nie było. Pragnę więc rzeczy niemożliwej — by moja nieobecność była lekka, a zarazem by ktoś jej nie zauważył – ale z miłości, nie z obojętności.
Może to zatem nie ucieczka od ludzi, lecz od ciężaru bycia widzianym? Od nieustannego potwierdzania, że jestem tym, za kogo mnie mają.
A przecież wiem: gdybym zniknął naprawdę, pierwszą rzeczą, której bym zapragnął, byłoby to, żeby ktoś zapytał, gdzie jestem. Pragnienie zniknięcia jest w gruncie rzeczy skrytym pragnieniem, by zostać odnalezionym. Sprawdzić, czy poza codziennie granymi rolami wciąż potrafimy dla kogoś istnieć. Bez maski, bez nieskończonej gry.
I dlatego chyba nie znikam. Zostaję — niesiony właśnie tym, od czego chcę uciec. Zaiste, karkołomne.

Jeśli te słowa dały Ci do myślenia – ufunduj łyk energii niezbędnej do opisywania świata.


Dokarm autora kofeiną

Published inesej

Be First to Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *