Sufit ma rysę, której wcześniej nie było. Albo była, tylko jej nie widziałem — leżę tu od trzech godzin i uczę się swego pokoju na nowo, centymetr po centymetrze, jakby to coś dawało. Za ścianą sąsiad przesuwa krzesło. Potem cisza. Potem znowu krzesło. Oddycham płytko, bo głębszy oddech wymaga zgody, której sobie nie udzielam.
Wiedziałem. Wiedziałem, jaki jest, widziałem to w sposobie, w jaki mówił o innych, kiedy myślał, że jesteśmy po tej samej stronie. Człowiek, który zdradza przy tobie kogoś trzeciego, mówi ci dokładnie to, co zrobi, gdy przyjdzie twoja kolej.
Słyszałem to. Ale wmawiam sobie, że nie słyszę. A to nie pomagało — bo świadomość kłamstwa nie jest tym samym co prawda. To tylko kłamstwo z otwartymi oczami. Uwierzyłem mu, bo łatwiej było wierzyć niż sprawdzać. Bo wierzyć znacznie mniej kosztuje. Przynajmniej wtedy.
Ale nie teraz. Teraz kosztuje.
Serce mi wali nierówno, przeskakuje, jakby się o coś potykało. Uważnie się w nie wsłuchuję, jakby miało mi coś za chwilę wszystko wyjaśnić, albo zamilknąć na zawsze..
On wczoraj dzwonił i mówił o matce. Że był u niej w niedzielę. W domu opieki. Mówił, że schudła, ale jest zaopiekowana i szczęśliwa. Odpowiadałem, że tak, super, cieszę się… Słowa wypluwałem łatwo, bez zacinania. Mój głos brzmiał miękko jak coś, czemu można zaufać. Po wszystkim odłożyłem telefon i trzymałem na nim rękę, dopóki nie ostygł.
Za chwilę wstanę. Powiem sobie, że jutro będzie inaczej — i będę wiedział, że kłamię, tak samo jak on wiedział, że kłamie, kiedy mówił jakoby matce w domu starców było dobrze. A przecież słysząc go wtedy potakiwałem. Choć powinienem zaprzeczyć, przerwać ten fałszywy przekaz.
Nie potrafię.
Pomimo, że tyle razy już komuś ślepo wierzyłem i tyle razy się na kimś zawiodłem, to znowu czuję zdziwienie, że świat w większości składa się z podłości, do czego i ja się przyczyniam.
I ten piekący ból, że nie jestem w stanie się temu przeciwstawić.
Za ścianą krzesło przesuwa się po raz ostatni i zapada cisza głębsza od poprzednich. Serce zwalnia. Rysa na suficie biegnie od lampy w kierunku okna. Chyba się powiększyła. Kolejna moja myśl przykleja się do niej jak język do zimnego metalu. A może wszystko jest właśnie taką rysą, którą my nazywamy istnieniem, a ona jest tylko zapowiedzią pęknięcia. Świat nie rozpada się nagle — od początku jest skazany na pęknięcie, wpisane w jego najcichszą strukturę. My dojrzewamy do tej wiedzy z opóźnieniem, zawsze o jedną chwilę za późno, aby cokolwiek uratować.


Be First to Comment